|
Jak przed
każdym wyjazdem najpiękniejsze dla mnie chwile to oczekiwanie na Okęciu
na rozpoczęcie podróży -jeszcze wszystko przed mani, dreszczyk emocji
i oczekiwanie przygody.
Samolot z Warszawy do Frankfurtu ok. 2 godzin lotu -niestety nie bardzo
przyjemnego, bo strasznie nim rzucało,pogoda nie najlepsza.
Lotnisko we Frankfurcie w trakcie przebudowy - ale niemiecki porządek
przede wszystkim. Prawie nie odczuwa się tych niedogodności, informacja
i organizacja doskonała. No prawie, bo WC zlokalizowano poza strefą
odprawy ostatecznej i procesja w tę i w tamtą stronę trwa nieprzerwanie.
Trzeba być Niemcem, żeby zorientować się, kto już odprawiony, a kto
jeszcze nie.
I już siedzimy w AIRBAS-ie 320. Olbrzymi samolot, doskonale wyposażony,
obsługa bez zarzutu. Jedzenie wyśmienite, trunki bez ograniczeń i obsługa
mówiąca, co najmniej 3-ma językami oprócz niemieckiego. Lot trwa 14
godzin. Różnica czasu wynosi 6 godzin, tak, więc po podróży jesteśmy
trochę skołowani.
Hotel w centrum Limy standard niezły.
Pierwszy dzień wypoczynek.
Drugi dzień rozpoczynamy od wizyty w Instytucie Fitoterapii prowadzonej
przez dominikanina ojca Szeligę. Instytut zajmuje się ziołolecznictwem.
Szeliga przekonany jest o wyjątkowej uzdrawiającej mocy ziół peruwiańskich,
w szczególności niepozornej rośliny zwanej wilkakora. Podobno jest to
skuteczne lekarstwo na wszystkie rodzaje raka. Instytut na zamówienie
osób prywatnych rozsyła te zioła na cały świat. Najlepszą reklamą skuteczności
tych ziół jest sam o. Szeliga, który skończył właśnie 90 lat, jest w
pełni sił i na swój wiek nie wygląda. Jak nam zdradził codziennie raczy
się szklaneczką wilkakory. J również przywiozłam sobie wilkakorę w celach
bardziej przyziemnych - jako eliksir młodości. Znajomi twierdzili, że
faktycznie odmładza, ale może chcieli mi tylko sprawić przyjemność?
Kilka słów o Limie. Położona na brzegu Oceanu Spokojnego - jest rzeczywiście
spokojny, woda gładka jak stół. Prąd Humbolda powoduje, że jest to najbardziej
sucha pustynia świata. W mieście nigdy nie pada deszcz -no prawie nigdy,
bo podobno 70 lat temu się to zdarzyło. Raj dla architektów - nie trzeba
myśleć jak odwodnić dachy, ulice i place. I faktycznie w Limie brak
jest rynien, rur spustowych, kanalizacji deszczowej itp.
Miasto jest bardzo rozległe -faktycznie parterowe lub o bardzo niskiej
zabudowie -tereny sejsmiczne. Trzeba bardzo uważać, bo ulice o tej samej
nazwie znajdują się w różnych dzielnicach i korzystając np. z taksówki
do nazwy ulicy dobrze jest dorzucić nazwę dzielnicy, inaczej cel podróży
może się okazać dużą niespodzianką. Zwiedzanie centrum Limy rozpoczęliśmy
od pouczeń naszej peruwiańskiej przewodniczki Marii: uwaga na złodziei,
jeśli chcesz zachować swoje pieniądze to noś je w majtkach.
Jeśli chcesz zwiedzać dzielnice biedoty, to wyjdziesz goły, zanim tam
wejdziesz.
Uwaga praktyczna - bardzo sprawni złodzieje, dużo przestępstw przeciwko
mieniu, ale pobicia czy zranienia osób prawie się nie zdarzają.
Centrum Limy to oczywiście, jak w każdym peruwiańskim mieście zresztą
Placa des Armes. Ten w Limie robi wrażenie dużego - jest to efekt niskich
pierzei placu. Wokół placu oczywiście pałac prezydencki (jeszcze wtedy
urzędował tam Fukimori) z bezsensowną, ale malowniczą zmianą warty,
oczywiście pałac arcybiskupa, katedra i inne ważne urzędy państwowe.
W związku z sytuacją polityczną w Peru -posądzano prezydenta Fukimori,
że sfałszował wybory prezydenckie, cały pałac dzień i noc strzeżony
był przez policję gotową w każdej chwili do interwencji, a okoliczne
uliczki obstawione były innymi narzędziami demokracji jak np. pojazdy
opancerzone, czołgi itp. Oczywiście policji absolutnie nie przeszkadzało,
że turyści robią sobie na ich tle lub wręcz z nimi pod rękę zdjęcia
- w końcu jakąś rozrywka.
Z dumą obejrzeliśmy dworzec kolejowy w Limie z zajmującym honorowe miejsce
popiersiem Malinowskiego, twórcy kolei transandyjskiej - najwyżej położonej
linii kolejowej świata. Interesujący jest również kościół i klasztor
Św. Franciszka - pochodzi z XVI w., a budowano go ponad 100 lat. Piękna
biblioteka w całości przywieziona z Hiszpanii. W podziemiach klasztoru
cmentarz w formie studni wypełnionych czaszkami i piszczelami -pozostałość
po pochówku polegającym na owijaniu zwłok w płótno zmoczone w wapnie,
co skutkowało w krótkim czasie zniknięciem wszystkiego za wyjątkiem
właśnie czaszek i piszczeli. Ten sposób chowania zmarłych związany był
z trzęsieniami ziemi i możliwością ewentualnej zarazy.
Bogate dzielnice Limy, a do takich należy MIRAFLORES, gdzie mieszkaliśmy,
są pełne tropikalnej roślinności: bugenwille, hibiskusy, araukarie itp.
oraz mnóstwo kwiatów. Wszystko to rośnie tylko dzięki codziennemu podlewaniu
- woda pochodzi z Andów.
Temperatura w Limie nie spada w najzimniejszym okresie niżej niż 13
stopni-okres wegetacji trwa praktycznie cały rok.
No i największa moim zdaniem atrakcja - Muzeum Złota. Paradoksem jest
fakt, że ten słynny na cały świat obiekt powstał niejako przy okazji
i przez przypadek. Właścicielem jest osoba prywatna, jakiś facet. I
jak to zwykle z tą płcią bywa, jak już mają jakieś hobby, to jest to
coś bezsensownego. Nasz facet jest wielkim miłośnikiem militariów.
W Peru ziemia kryje jeszcze mnóstwo tajemnic, a w archeologa może bawić
się każdy. Cos takiego jak zezwolenia czy koncesje na prowadzenie wykopalisk
nie istnieje. Nasz facet ogłosił wiec, że kupi każdą sztukę broni wykopaną
przez tubylców. Rezultaty nie były zbyt bogate -być może, dlatego, ze
nie wszyscy tubylcy wiedzieli o c o chodzi. Facet poszedł, więc po rozum
do głowy i ponownie ogłosił, że kupi wszystko, co tubylcy wygrzebią
z ziemi, wychodząc z założenia, że będzie również i jego ukochana broń
maści wszelakiej. I tak to się zaczęło.
Nie będę opisywać szczegółowo, co w muzeum złota się znajduje. Powiem
tylko,że są tam rzeczy niespotykane gdzie indziej. Zbiry są bardzo bogate.
Takiej ilości przedmiotów ze złota zgromadzonych w jednym miejscu jeszcze
nie widziałam. Oprócz tego zbiory niesamowitych erotycznych rzeźb preinkaskiej
kultury MOCHIKA, zbiory tkanin również z epoki preinkaskiej zachowane
doskonale, bo i faktury i kolory. Olbrzymie zbiory przedmiotów użytkowych
również z okresu preinkaskiego. Mumie Indian np. siedzący zasuszony
i zmumifikowany człowiek z włosami do pasa w kolorze czarnym, mumie
w koszach - trumnach przykrytych oryginalnymi tkaninami z epoki.
Czaszki ludzkie z wypełnieniami po trepanacji - przyczyny śmierci inne,
niż ta operacja. Czaszki ludzkie ze sztucznymi zębami z kryształu górskiego
lub agatu i wiele, wiele innych ciekawych rzeczy.
Paradoksalnie, mimo że najsławniejszą kulturą peruwiańską jest kultura
Inków najmniej jest tam przedmiotów z tego okresu. Zawdzięczamy to Hiszpanom,
którzy wszystko przetopili I zużyli na własne potrzeby. Nie wspominam
o zbiorach biżuterii hiszpańskiej, choć jest on olbrzymi. Aby zachęcić
Was do podróży do Peru powiem jeszcze, że jak głosi legenda prawdziwy
skarb udało się Inkom ukryć i jeszcze nie został on znaleziony, co w
połączeniu z wcześniejszą informacją, że archeologiem tam może każdy...
Paradoksem dla właściciela jest fakt, że jego oczko w głowie (kolekcja
broni licząca ok. 30 000 sztuk świeci pustkami), a w muzeum złota kłębią
się nieprzebrane tłumy. Obie ekspozycje są w jednym obiekcie. Teraz
przed nami kolejna bariera. Opuszczamy Limę samolotem i z poziomu morza
lecimy do COUSCO leżącego na wysokości 3800 m.n.p.m. Samolot to mały
Fokker, piękne bezchmurne niebo i pilot lecąc nad Kordylierami pozwala
nam zerknąć do wnętrza kraterów wulkanicznych - widok niesamowity. Podobno
piloci często zmniejszają wysokość lotu na tej trasie stwarzając turystom
dodatkowe atrakcje. Atmosfera w samolocie dość luźna -drzwi do kabiny
pilotów otwarte - ja siedzę z przodu i widzę przez okno kabiny pilotów
na końcu wąwozu między wysokimi górami cieniutką wstążeczkę lotniska.
Wrażenie niesamowite -podchodzenie do lądowania z dreszczykiem dużych
emocji - na szczęście pilot trafił.
Wychodzimy na płytę lotniska, poruszamy się bardzo powoli, aby uniknąć
objawów choroby wysokogórskiej. W hollu lotniska natychmiast serwowana
jest herbata z liści koki - mate de koka.
Jedziemy do hotelu i oczywiście każdy do łóżka - cztery godziny na aklimatyzację
a potem zwiedzanie. Maria przypomina nam o wysmarowaniu się kremem z
filtrem UV, okularach słonecznych i nakryciu głowy - słońce w tym rzadkim
i czystym powietrzu operuje niemiłosiernie. Nie obyło się bez przygód
-wysmarowałam wszystko kremem za wyjątkiem... uszu. I tak oto pierwszy
raz w życie miałam na uszach bąble od oparzenia i schodziła mi z nich
skóra. Pierwszy spacer po mieście jest krótki -duże różnice poziomów,
jeszcze trzeba się przyzwyczajać.
Zaczynamy chorować. Pierwsze objawy choroby wysokogórskiej występują
u najmłodszych.
Wbrew oczekiwaniom nie są to problemy z oddychaniem, a rozwolnienia
i wymioty. Dorośli raczą się mate de koka lub żują liście koki. Używki
te wyłożone są w hollu każdego hotelu i można konsumować za darmo i
bez ograniczeń. Ja nie gustowałam w tym -raz spróbowałam i wystarczyło.
W każdym hotelu na wyposażeniu są również butle z tlenem i maski tlenowe
-można sobie zażyczyć do pokoju i ten rodzaj dopingu. Na marginesie
dodam, że niektórzy uczestnicy naszej wycieczki zaopatrzyli się w kraju
w małe butle tlenowe jednorazowego użytku dostępne w aptekach.
Kolejny, najważniejszy dzień naszej wycieczki to zwiedzanie MACHU PICCHU
najsłynniejszych ruin świata. Dostać się tam można tyko koleją. Zaczyna
się ciekawie - na dworzec jedziemy autokarem. Maria, na pytanie czy
to daleko, odpowiada, ze to kilkaset metrów. Zrozumieliśmy, dlaczego
jedziemy, a nie idziemy bardzo szybko. Przed dworcem kolejowym tłum
tubylców. Policja wpuszcza autokar do środka na peron -pakują nas do
pociągu pierwszej klasy i ryglują drzwi. Dopiero wówczas wpuszczają
tubylców.
Okazuje się, że tylko tak można nas ochronić przed złodziejami. Trasa
pociągu niesamowita. Musimy z wysokości 3800 wspiąć się na przełęcz
na wysokości 4100 i zjechać na poziom 2800. Wspinając się na przełęcz
podziwiamy widok Cousco z góry -wszystkie dachy pokryte dachówką w jednym
kolorze, zarządzenie burmistrza, miasto ma ładnie wyglądać. Góry są
strome miejsca mało, więc nasz pociąg wspina się ruchem wahadłowym:
trochę do przodu, zatrzymanie, przełożenie zwrotnicy i z powrotem do
tyłu, zatrzymanie i ponownie całą operację się powtarza. Wreszcie zjeżdżamy
w dół, krajobraz się zmienia góry " omszone " roślinnością
zbliżoną już do tropikalnej, robi się coraz cieplej. Wreszcie pociąg
zatrzymuje się w Machu Picchu, a właściwie przed. Lokomotywa wydaje
przeraźliwy dźwięk i potem rusza dalej, aby zatrzymać się już docelowo.
Szybko rozumiemy, dlaczego. Jedyna ulica w Machu Picchu to... tory kolejowe
-wzdłuż nich stragany, sklepiki itp. pociąg sygnalizuje swój wjazd,
aby dać czas spacerowiczom na usunięcie się z torów, bo będą chwilowo
zajęte.
Widoków opisać się nie da - sami zobaczcie. Trzeba zaznaczyć, że są
to ruiny przed inkaskie - Inkowie przystosowali je do swoich celów budując
między innymi świątynię słońca z zegarem słonecznym.
Okoliczne góry kryją podobno jeszcze wiele tajemnic - brak pieniędzy
nie pozwala wyciągnąć ich na światło dzienne.
Należy podkreślić, że okolice można zwiedzać również korzystając ze
sposobów inkaskich - mam tu na myśli doskonale zachowane sieci dróg
z czasów inkaskich oraz własne nogi. Jeśli ktoś się zdecyduje to powinien
jeszcze zabrać dobre buty i żelazne zdrowie. Dlaczego? Bo Inkowie budowali
drogi najkrótszą trasą z możliwych- w linii prostej łączącej interesujące
ich miejsca, a że kraj jest górzysty. No cóż chętni powinni już zacząć
treningi na schodach Pałacu Kultury w Warszawie. Takich wycieczek w
Peru jest mnóstwo i dla amatorów trekkingu na pewno byłyby to niezapomniane
przeżycia.
Uwaga praktyczna - zwiedzając to miejsce zaopatrz się w dobry środek
przeciwko komarom - są tam olbrzymie chmary moskitów tak małych, ze
prawie niewidocznych, ale jak się nie zabezpieczysz to będziesz nazajutrz
wyglądać jak potraktowany drobnym śrutem. Na dodatek swędzieć będzie
okropnie. Zmęczeni, ale zadowoleni wieczorem wracamy do Cousco. Z okien
pociągu podziwiamy wspaniały widok oświetlonego miasta.
Następny dzień to zwiedzanie okolic Cousco. A jest, co zobaczyć. Przede
wszystkim słynna twierdza Sacsahuaman. Trzy rzędy murów z olbrzymich
kamiennych głazów wysokości 5-6 metrów pojedynczy kamień. Wszystko ściśle
dopasowane, przez wieki opiera się trzęsieniom ziemi w tym rejonie dość
częstym. Twierdza to trzy pasma fortyfikacji ułożone bezspoinowo. Z
twierdzy przepiękny widok na miasto. No i oczywiście Indianki Kiczua,
które za drobną opłatą pozwalają się fotografować w strojach regionalnych,
ani przez chwilę nie przestając robić na drutach lub prząść wełny z
alpaki przy pomocy przenośnych kołowrotków.
Jest tu bardzo duży wybór swetrów i innych wyrobów z wełny, bardzo ciepłych,
a w wielu wypadkach jest to rękodzieło na wysokim poziomie artystycznym.
Są również bardzo lekkie. Dla tych, co mają duże zasoby finansowe polecam
luksusowe wyroby z wełny wikuni np. szalik za 40$ lub gustowny sweterek
za 160$.
Obok twierdzy centrum religijne Kenko - najciekawsze jest jego wnętrze
z rytualnym stołem ofiarnym - przez "dziury" w skale sączy
się światło dzienne - w czasach Inków wszystkie półki i zakamarki były
wyłożone płytami ze złotej blachy, co rozświetlało i wzbogacało całe
wnętrze. Wizytujemy również źródło młodości, gdzie nieprzerwanie i z
jednakową siłą od czasów inkaskich płynie z gór czysta źródlana woda.
Na wszelki wypadek napiłam się jej- takiej okazji nie można przepuścić.
Wreszcie przychodzi czas na zwiedzanie samego miasta - ciekawa bardzo
katedra z klasztorem dominikanów -wszystko to wybudowane na ruinach
świątyni boga słońca i pałacu Inki Wirakocza. Obie te instancje zresztą
zemściły się na Hiszpanach za to barbarzyństwo - musieli oni patrzeć
z bezsilną złością jak kolejne trzęsienie ziemi niszczy katedrę pozostawiając
zachowane wewnątrz części świątyni w stanie nienaruszonym.
Te pozostałości pokazują wyraźnie, że Inkowie byli niezłymi budowniczymi
-w dopasowanych idealnie kamieniach murów świątyni pozostawiali specjalne
nisze -myślę, że w celu rozładowywania naprężeń, jakie powstawały przy
trzęsieniach ziemi. Oczywiście w wszystko to mieści się na Placa des
Armas. Wokół placu niska zabudowa w stylu hiszpańskim z charakterystycznymi
balkonikami jak dla lalek. Wieczorem niespodzianka -w jednej z restauracji
na placu próbujemy "specialite de la maison, "czyli... pieczone
świnki morskie. Tak, tak te same, które "robią" u nas w charakterze
ulubionych zwierzątek domowych. Ja, jak zobaczyłam te małe ryjki i kopytka
na talerzu... no cóż nie spróbowałam.
No i wreszcie zwiedzamy słynną dolinę rzeki Urubamby - spiżarnię Inków.
Niesłychanie urodzajna z mikroklimatem pozwalającym na uprawianie różnych
gatunków -widok fantastyczny, wokół nieprzyjazne nagie szczyty górskie,
a w dole oaza urodzaju, ciepła i sytości.
Dalej jedziemy zwiedzać fortecę Puca Pucara położoną na wysokości 3300
m.n.p.m. górującą na jednym wielkim targowiskiem, jakim jest miasteczko
Pisac, położone na wysokości zaledwie 2960 m n.p.m.
I tu zdarzyło mi się nieszczęście. Podziwiając widoki rozciągające się
z autentycznej drogi inkaskiej - a może, dlatego, że nogi miałam miękkie
ze strachu (droga, inkaska jest dla ludzi o mocnych nerwach - wąskie
półki skalne, stopnie i oczywiście brak jakichkolwiek zabezpieczeń)
- otworzyłam aparat i naświetliłam film, na którym była uwieczniona
twierdza. A szkoda, bo niektórzy uważają, iż jest ona, co najmniej tak
samo interesująca jak słynne na cały świat ruiny Machu Picchu. Żeby
zobaczyć przedsmak tych niesamowitych wrażeń trzeba zajrzeć do ostatniego
numeru National Geographic - tak zamieszczony jest widok twierdzy porażający
dech w piersiach, nie wiem tylko, dlaczego nazwano ją twierdzą Pisac.
Zjazd
w dół, króbka wizyta w miasteczku Pisac, a właściwie na targu Pisac.
Ponieważ była pora lunchu niektórzy z naszej wycieczki skosztowali wypieków
sprzedawanych prosto z pieca w piekarni z XVII wieku. Bułeczki nadziewane
cebulą i pomidorem podobno bardzo smaczne. Oczywiście w piekarni była
również hodowla świnek morskich -wiadomo, w jakim celu.
Kolejny etap podróży to twierdza Tambomachaj, efekt miłości wodza o
wdzięcznym imieniu Paciakutek do córki przełożonego. Ponieważ ojciec
ukochanej sprzeciwiał się związkowi, zakochany wódz zwiał z dziewczyną
w góry i obwarował w tej właśnie twierdzy.
U stóp fortecy autentyczne spichrze z czasów inkaskich i prawdopodobnie
ruiny łaźni królewskich.
Wracamy do Cousco, a jutro dalej w drogę - tym razem autokarem.
Kolejny
dzień, autokar wspina się na przełęcz, za którą jest już Altiplano.
Po drodze gorące źródła - kilku panów z naszej wycieczki zrobiło sobie
kąpiel i wreszcie jesteśmy - przełęcz na wysokości 4335 m n.p.m. Dalej
podróż, przez Altiplano - wyżynę na wysokości ponad 4000 m n.p.m. Przepiękne
widoki Andów, są również Kordyliery (tą nazwą wyróżnia się części Andów
pokryte wiecznym śniegiem). Właśnie tutaj, niezależnie od tego, że są
tu uprawy rolne, Indianie uprawiają roślinę, która rośnie tylko tutaj.
Jest to kasza o nazwie, kinua. Jest tak bogata w składniki odżywcze,
że podobno nawet kosmonauci zabierają ją ze sobą. Roślina przypomina
z wyglądu naszą grykę, ziarna naszą kaszę jęczmienną, choć są nieco
większe. Kasza jest bardzo smaczna.
I oto już jesteśmy w Puno, nad brzegiem jeziora Titicaca. Najwyżej położony
zbiornik wody słodkiej na kuli ziemskiej na wysokości 3860 m.n.p.m.
Hotel najlepszy w mieście, ale raczej kiepski, no cóż wyjścia nie ma
trzeba w nim spać. No i wreszcie wycieczka po jeziorze. Zresztą, jakie
to jezioro: 180 km długości, 60 km szerokości -prawie jak morze. Fala
jak na morzu, a i morska bryza daje się odczuć. Pierwszy postój oczywiście
na wyspie Uros. wszystko z trzciny. sama wyspa, domy, łodzie itp. Podłoże
ugina się lekko pod stopami, towarzyszy nam zapach gnijącej trzciny
i oczywiście ciekawskie kormorany. Ptaki te, a właściwie ich krew, są
uważane przez Indian za skuteczne lekarstwo na wszystkie możliwe choroby.
Zanim jednak skończą jako medykamenty, buszują po trzcinowej wyspie
jako zwierzątka domowe. Nasz przewodnik pokazywał nam szczególny rodzaj
ryb żyjących w jeziorze, były w kolorze żółtym i niebieskim. Demonstracja
zakończyła się w dziobie kormorana, który nie bacząc na zgromadzonych
ludzi wykorzystał okazję i wyrwał rybę z dłoni przewodnika. Oczywiście
trzcinowe wyspy są zakotwione w zatoce na płyciźnie -plecie się je wokół
pala wbitego w dno zatoki. Jak trzcina zgnije to buduje się nową wyspę
i tak życie toczy się dalej. Po dwóch godzinach rejsu dobijamy do wyspy
Taquile - poziom 3865 m n.p.m. Przewodniczka informuje nas, że obiadek
czeka na nas w restauracji na wyspie położonej 300 m. wyżej. I tak zaczyna
się nasza droga krzyżowa. Pokonanie każdego kolejnego metra na tej wysokości
to jest nie lada wyczyn. Ale było warto, bo obiad był bardzo smaczny-rybki,
które oglądaliśmy w kolorze żółtym i niebieskim okazały się nadzwyczaj
smaczne. Po obiedzie dalszy ciąg gehenny, czyli droga w dół - do pokonania
600 stopni. I wcale nie pocieszył nas widok obładowanych tuziemców z
uśmiechem na ustach zdążających rączo pod górę.
Następny dzień to zwiedzanie okolic jeziora. Najciekawszy przystanek
to inkaska świątynia fallusów. W ramach wykorzeniania pogańskiej religii
Hiszpanie wybudowali tu okazały kościół katolicki. Widoczny wkład Indian
w religie katolicką zwieńcza wieżę kościelną - jest to okazały fallus.
Tak oto stare i nowe żyje obok siebie.
Zwiedzamy również cmentarz Indian Kolka z grobowcami w formie wież.
Miejsce dobrane znakomicie - cały świat wokół zamarły w bezruchu, nic
nie zakłóca spokoju zmarłych. Na środku jeziora wyspa idealnie plaska
- zdaniem Denikena lądowisko pojazdów kosmicznych.
I znów samolot i wyjazd do Arequipy. Tego już nie zobaczycie, bo trzęsienie
ziemi zniszczyło centrum miasta. A było, co zwiedzać. Placa des, Armas
otoczony domami z zacienionymi krużgankami, gdzie można było zjeść,
wypić cos zimnego i odpocząć lub też w cieniu krużganków zwiedzać okoliczne
sklepy.
Najciekawszy jest klasztor świętej Cataliny.Przeznaczony dla panien
z dobrych domów. Ma charakter miasta w mieście-każda z panien miała
swój własny dom z wszelkimi wygodami, domy były ponumerowane, rozmieszczone
wzdłuż malowniczych uliczek.
Nad miastem górują wulkany pokryte wiecznym śniegiem - wys. ok. 6800
m n.p.m.
Było super, ale się skończyło -wracamy do Limy - krótki postój i z powrotem
do Polski.
Jeszcze kilka uwag dotyczących spraw kulinarnych. Narodowy drink to
pisco sauer; mieszanka wódki z winogron, wody, lodu i limonki zmiksowana
z białkiem jajka i posypana cynamonem. Smakuje dobrze gorzej z chodzeniem
- potem oczywiście. Napój bezalkoholowy, narodowy oczywiście, to "kompot"
z suszonej kukurydzy.
Żeby było śmieszniej to kukurydza jest w kolorze granatowym -napój przypomina
kolorem denaturat, ale jest dość smaczny.Oczywiście trzeba spróbować
koktajlu z papai, czy też befsztyka z alpaki. Pieczonych świnek morskich
nie polecam -jest to zbyt osobiste.
Poza tym menu prawie europejskie. Pamiętać trzeba, aby nie jeść lodów
- nigdy nie wiadomo ile razy były zamrożone. Z napojami nie ma problemów.
Jeśli chcecie powtórzyć moją trasę, to nie ma potrzeby robienia szczepień
ochronnych. Najlepszą porą na wycieczkę jest listopad- w Peru jest wtedy
wczesna wiosna. I pamiętajcie o zabraniu dobrego obuwia, czegoś na głowę,
kremu z dobrym filtrem UV, czegoś skutecznego przeciwko komarom i okularów
słonecznych. W górach niezależnie od pory roku w zależności od pory
dnia spotkać można wszystkie cztery pory roku.
|