Peru, Perú - Galeria 1
Flaga - Peru !

1 | 2

Moje Wspomnienia Z Peru - Listopad 2000 (Ewa Graczyk)

Jak przed każdym wyjazdem najpiękniejsze dla mnie chwile to oczekiwanie na Okęciu na rozpoczęcie podróży -jeszcze wszystko przed mani, dreszczyk emocji i oczekiwanie przygody.
Samolot z Warszawy do Frankfurtu ok. 2 godzin lotu -niestety nie bardzo przyjemnego, bo strasznie nim rzucało,pogoda nie najlepsza.
Lotnisko we Frankfurcie w trakcie przebudowy - ale niemiecki porządek przede wszystkim. Prawie nie odczuwa się tych niedogodności, informacja i organizacja doskonała. No prawie, bo WC zlokalizowano poza strefą odprawy ostatecznej i procesja w tę i w tamtą stronę trwa nieprzerwanie. Trzeba być Niemcem, żeby zorientować się, kto już odprawiony, a kto jeszcze nie.
I już siedzimy w AIRBAS-ie 320. Olbrzymi samolot, doskonale wyposażony, obsługa bez zarzutu. Jedzenie wyśmienite, trunki bez ograniczeń i obsługa mówiąca, co najmniej 3-ma językami oprócz niemieckiego. Lot trwa 14 godzin. Różnica czasu wynosi 6 godzin, tak, więc po podróży jesteśmy trochę skołowani.
Hotel w centrum Limy standard niezły.
Pierwszy dzień wypoczynek.
Drugi dzień rozpoczynamy od wizyty w Instytucie Fitoterapii prowadzonej przez dominikanina ojca Szeligę. Instytut zajmuje się ziołolecznictwem. Szeliga przekonany jest o wyjątkowej uzdrawiającej mocy ziół peruwiańskich, w szczególności niepozornej rośliny zwanej wilkakora. Podobno jest to skuteczne lekarstwo na wszystkie rodzaje raka. Instytut na zamówienie osób prywatnych rozsyła te zioła na cały świat. Najlepszą reklamą skuteczności tych ziół jest sam o. Szeliga, który skończył właśnie 90 lat, jest w pełni sił i na swój wiek nie wygląda. Jak nam zdradził codziennie raczy się szklaneczką wilkakory. J również przywiozłam sobie wilkakorę w celach bardziej przyziemnych - jako eliksir młodości. Znajomi twierdzili, że faktycznie odmładza, ale może chcieli mi tylko sprawić przyjemność?
Kilka słów o Limie. Położona na brzegu Oceanu Spokojnego - jest rzeczywiście spokojny, woda gładka jak stół. Prąd Humbolda powoduje, że jest to najbardziej sucha pustynia świata. W mieście nigdy nie pada deszcz -no prawie nigdy, bo podobno 70 lat temu się to zdarzyło. Raj dla architektów - nie trzeba myśleć jak odwodnić dachy, ulice i place. I faktycznie w Limie brak jest rynien, rur spustowych, kanalizacji deszczowej itp.
Miasto jest bardzo rozległe -faktycznie parterowe lub o bardzo niskiej zabudowie -tereny sejsmiczne. Trzeba bardzo uważać, bo ulice o tej samej nazwie znajdują się w różnych dzielnicach i korzystając np. z taksówki do nazwy ulicy dobrze jest dorzucić nazwę dzielnicy, inaczej cel podróży może się okazać dużą niespodzianką. Zwiedzanie centrum Limy rozpoczęliśmy od pouczeń naszej peruwiańskiej przewodniczki Marii: uwaga na złodziei, jeśli chcesz zachować swoje pieniądze to noś je w majtkach.
Jeśli chcesz zwiedzać dzielnice biedoty, to wyjdziesz goły, zanim tam wejdziesz.
Uwaga praktyczna - bardzo sprawni złodzieje, dużo przestępstw przeciwko mieniu, ale pobicia czy zranienia osób prawie się nie zdarzają.
Centrum Limy to oczywiście, jak w każdym peruwiańskim mieście zresztą Placa des Armes. Ten w Limie robi wrażenie dużego - jest to efekt niskich pierzei placu. Wokół placu oczywiście pałac prezydencki (jeszcze wtedy urzędował tam Fukimori) z bezsensowną, ale malowniczą zmianą warty, oczywiście pałac arcybiskupa, katedra i inne ważne urzędy państwowe. W związku z sytuacją polityczną w Peru -posądzano prezydenta Fukimori, że sfałszował wybory prezydenckie, cały pałac dzień i noc strzeżony był przez policję gotową w każdej chwili do interwencji, a okoliczne uliczki obstawione były innymi narzędziami demokracji jak np. pojazdy opancerzone, czołgi itp. Oczywiście policji absolutnie nie przeszkadzało, że turyści robią sobie na ich tle lub wręcz z nimi pod rękę zdjęcia - w końcu jakąś rozrywka.
Z dumą obejrzeliśmy dworzec kolejowy w Limie z zajmującym honorowe miejsce popiersiem Malinowskiego, twórcy kolei transandyjskiej - najwyżej położonej linii kolejowej świata. Interesujący jest również kościół i klasztor Św. Franciszka - pochodzi z XVI w., a budowano go ponad 100 lat. Piękna biblioteka w całości przywieziona z Hiszpanii. W podziemiach klasztoru cmentarz w formie studni wypełnionych czaszkami i piszczelami -pozostałość po pochówku polegającym na owijaniu zwłok w płótno zmoczone w wapnie, co skutkowało w krótkim czasie zniknięciem wszystkiego za wyjątkiem właśnie czaszek i piszczeli. Ten sposób chowania zmarłych związany był z trzęsieniami ziemi i możliwością ewentualnej zarazy.
Bogate dzielnice Limy, a do takich należy MIRAFLORES, gdzie mieszkaliśmy, są pełne tropikalnej roślinności: bugenwille, hibiskusy, araukarie itp. oraz mnóstwo kwiatów. Wszystko to rośnie tylko dzięki codziennemu podlewaniu - woda pochodzi z Andów.
Temperatura w Limie nie spada w najzimniejszym okresie niżej niż 13 stopni-okres wegetacji trwa praktycznie cały rok.
No i największa moim zdaniem atrakcja - Muzeum Złota. Paradoksem jest fakt, że ten słynny na cały świat obiekt powstał niejako przy okazji i przez przypadek. Właścicielem jest osoba prywatna, jakiś facet. I jak to zwykle z tą płcią bywa, jak już mają jakieś hobby, to jest to coś bezsensownego. Nasz facet jest wielkim miłośnikiem militariów.
W Peru ziemia kryje jeszcze mnóstwo tajemnic, a w archeologa może bawić się każdy. Cos takiego jak zezwolenia czy koncesje na prowadzenie wykopalisk nie istnieje. Nasz facet ogłosił wiec, że kupi każdą sztukę broni wykopaną przez tubylców. Rezultaty nie były zbyt bogate -być może, dlatego, ze nie wszyscy tubylcy wiedzieli o c o chodzi. Facet poszedł, więc po rozum do głowy i ponownie ogłosił, że kupi wszystko, co tubylcy wygrzebią z ziemi, wychodząc z założenia, że będzie również i jego ukochana broń maści wszelakiej. I tak to się zaczęło.
Nie będę opisywać szczegółowo, co w muzeum złota się znajduje. Powiem tylko,że są tam rzeczy niespotykane gdzie indziej. Zbiry są bardzo bogate. Takiej ilości przedmiotów ze złota zgromadzonych w jednym miejscu jeszcze nie widziałam. Oprócz tego zbiory niesamowitych erotycznych rzeźb preinkaskiej kultury MOCHIKA, zbiory tkanin również z epoki preinkaskiej zachowane doskonale, bo i faktury i kolory. Olbrzymie zbiory przedmiotów użytkowych również z okresu preinkaskiego. Mumie Indian np. siedzący zasuszony i zmumifikowany człowiek z włosami do pasa w kolorze czarnym, mumie w koszach - trumnach przykrytych oryginalnymi tkaninami z epoki.
Czaszki ludzkie z wypełnieniami po trepanacji - przyczyny śmierci inne, niż ta operacja. Czaszki ludzkie ze sztucznymi zębami z kryształu górskiego lub agatu i wiele, wiele innych ciekawych rzeczy.
Paradoksalnie, mimo że najsławniejszą kulturą peruwiańską jest kultura Inków najmniej jest tam przedmiotów z tego okresu. Zawdzięczamy to Hiszpanom, którzy wszystko przetopili I zużyli na własne potrzeby. Nie wspominam o zbiorach biżuterii hiszpańskiej, choć jest on olbrzymi. Aby zachęcić Was do podróży do Peru powiem jeszcze, że jak głosi legenda prawdziwy skarb udało się Inkom ukryć i jeszcze nie został on znaleziony, co w połączeniu z wcześniejszą informacją, że archeologiem tam może każdy...
Paradoksem dla właściciela jest fakt, że jego oczko w głowie (kolekcja broni licząca ok. 30 000 sztuk świeci pustkami), a w muzeum złota kłębią się nieprzebrane tłumy. Obie ekspozycje są w jednym obiekcie. Teraz przed nami kolejna bariera. Opuszczamy Limę samolotem i z poziomu morza lecimy do COUSCO leżącego na wysokości 3800 m.n.p.m. Samolot to mały Fokker, piękne bezchmurne niebo i pilot lecąc nad Kordylierami pozwala nam zerknąć do wnętrza kraterów wulkanicznych - widok niesamowity. Podobno piloci często zmniejszają wysokość lotu na tej trasie stwarzając turystom dodatkowe atrakcje. Atmosfera w samolocie dość luźna -drzwi do kabiny pilotów otwarte - ja siedzę z przodu i widzę przez okno kabiny pilotów na końcu wąwozu między wysokimi górami cieniutką wstążeczkę lotniska. Wrażenie niesamowite -podchodzenie do lądowania z dreszczykiem dużych emocji - na szczęście pilot trafił.
Wychodzimy na płytę lotniska, poruszamy się bardzo powoli, aby uniknąć objawów choroby wysokogórskiej. W hollu lotniska natychmiast serwowana jest herbata z liści koki - mate de koka.
Jedziemy do hotelu i oczywiście każdy do łóżka - cztery godziny na aklimatyzację a potem zwiedzanie. Maria przypomina nam o wysmarowaniu się kremem z filtrem UV, okularach słonecznych i nakryciu głowy - słońce w tym rzadkim i czystym powietrzu operuje niemiłosiernie. Nie obyło się bez przygód -wysmarowałam wszystko kremem za wyjątkiem... uszu. I tak oto pierwszy raz w życie miałam na uszach bąble od oparzenia i schodziła mi z nich skóra. Pierwszy spacer po mieście jest krótki -duże różnice poziomów, jeszcze trzeba się przyzwyczajać.
Zaczynamy chorować. Pierwsze objawy choroby wysokogórskiej występują u najmłodszych.
Wbrew oczekiwaniom nie są to problemy z oddychaniem, a rozwolnienia i wymioty. Dorośli raczą się mate de koka lub żują liście koki. Używki te wyłożone są w hollu każdego hotelu i można konsumować za darmo i bez ograniczeń. Ja nie gustowałam w tym -raz spróbowałam i wystarczyło. W każdym hotelu na wyposażeniu są również butle z tlenem i maski tlenowe -można sobie zażyczyć do pokoju i ten rodzaj dopingu. Na marginesie dodam, że niektórzy uczestnicy naszej wycieczki zaopatrzyli się w kraju
w małe butle tlenowe jednorazowego użytku dostępne w aptekach.
Kolejny, najważniejszy dzień naszej wycieczki to zwiedzanie MACHU PICCHU najsłynniejszych ruin świata. Dostać się tam można tyko koleją. Zaczyna się ciekawie - na dworzec jedziemy autokarem. Maria, na pytanie czy to daleko, odpowiada, ze to kilkaset metrów. Zrozumieliśmy, dlaczego jedziemy, a nie idziemy bardzo szybko. Przed dworcem kolejowym tłum tubylców. Policja wpuszcza autokar do środka na peron -pakują nas do pociągu pierwszej klasy i ryglują drzwi. Dopiero wówczas wpuszczają tubylców.
Okazuje się, że tylko tak można nas ochronić przed złodziejami. Trasa pociągu niesamowita. Musimy z wysokości 3800 wspiąć się na przełęcz na wysokości 4100 i zjechać na poziom 2800. Wspinając się na przełęcz podziwiamy widok Cousco z góry -wszystkie dachy pokryte dachówką w jednym kolorze, zarządzenie burmistrza, miasto ma ładnie wyglądać. Góry są strome miejsca mało, więc nasz pociąg wspina się ruchem wahadłowym: trochę do przodu, zatrzymanie, przełożenie zwrotnicy i z powrotem do tyłu, zatrzymanie i ponownie całą operację się powtarza. Wreszcie zjeżdżamy w dół, krajobraz się zmienia góry " omszone " roślinnością zbliżoną już do tropikalnej, robi się coraz cieplej. Wreszcie pociąg zatrzymuje się w Machu Picchu, a właściwie przed. Lokomotywa wydaje przeraźliwy dźwięk i potem rusza dalej, aby zatrzymać się już docelowo. Szybko rozumiemy, dlaczego. Jedyna ulica w Machu Picchu to... tory kolejowe -wzdłuż nich stragany, sklepiki itp. pociąg sygnalizuje swój wjazd, aby dać czas spacerowiczom na usunięcie się z torów, bo będą chwilowo zajęte.
Widoków opisać się nie da - sami zobaczcie. Trzeba zaznaczyć, że są to ruiny przed inkaskie - Inkowie przystosowali je do swoich celów budując między innymi świątynię słońca z zegarem słonecznym.
Okoliczne góry kryją podobno jeszcze wiele tajemnic - brak pieniędzy nie pozwala wyciągnąć ich na światło dzienne.
Należy podkreślić, że okolice można zwiedzać również korzystając ze sposobów inkaskich - mam tu na myśli doskonale zachowane sieci dróg z czasów inkaskich oraz własne nogi. Jeśli ktoś się zdecyduje to powinien jeszcze zabrać dobre buty i żelazne zdrowie. Dlaczego? Bo Inkowie budowali drogi najkrótszą trasą z możliwych- w linii prostej łączącej interesujące ich miejsca, a że kraj jest górzysty. No cóż chętni powinni już zacząć treningi na schodach Pałacu Kultury w Warszawie. Takich wycieczek w Peru jest mnóstwo i dla amatorów trekkingu na pewno byłyby to niezapomniane przeżycia.
Uwaga praktyczna - zwiedzając to miejsce zaopatrz się w dobry środek przeciwko komarom - są tam olbrzymie chmary moskitów tak małych, ze prawie niewidocznych, ale jak się nie zabezpieczysz to będziesz nazajutrz wyglądać jak potraktowany drobnym śrutem. Na dodatek swędzieć będzie okropnie. Zmęczeni, ale zadowoleni wieczorem wracamy do Cousco. Z okien pociągu podziwiamy wspaniały widok oświetlonego miasta.
Następny dzień to zwiedzanie okolic Cousco. A jest, co zobaczyć. Przede wszystkim słynna twierdza Sacsahuaman. Trzy rzędy murów z olbrzymich kamiennych głazów wysokości 5-6 metrów pojedynczy kamień. Wszystko ściśle dopasowane, przez wieki opiera się trzęsieniom ziemi w tym rejonie dość częstym. Twierdza to trzy pasma fortyfikacji ułożone bezspoinowo. Z twierdzy przepiękny widok na miasto. No i oczywiście Indianki Kiczua, które za drobną opłatą pozwalają się fotografować w strojach regionalnych, ani przez chwilę nie przestając robić na drutach lub prząść wełny z alpaki przy pomocy przenośnych kołowrotków.
Jest tu bardzo duży wybór swetrów i innych wyrobów z wełny, bardzo ciepłych, a w wielu wypadkach jest to rękodzieło na wysokim poziomie artystycznym. Są również bardzo lekkie. Dla tych, co mają duże zasoby finansowe polecam luksusowe wyroby z wełny wikuni np. szalik za 40$ lub gustowny sweterek za 160$.
Obok twierdzy centrum religijne Kenko - najciekawsze jest jego wnętrze z rytualnym stołem ofiarnym - przez "dziury" w skale sączy się światło dzienne - w czasach Inków wszystkie półki i zakamarki były wyłożone płytami ze złotej blachy, co rozświetlało i wzbogacało całe wnętrze. Wizytujemy również źródło młodości, gdzie nieprzerwanie i z jednakową siłą od czasów inkaskich płynie z gór czysta źródlana woda. Na wszelki wypadek napiłam się jej- takiej okazji nie można przepuścić.
Wreszcie przychodzi czas na zwiedzanie samego miasta - ciekawa bardzo katedra z klasztorem dominikanów -wszystko to wybudowane na ruinach świątyni boga słońca i pałacu Inki Wirakocza. Obie te instancje zresztą zemściły się na Hiszpanach za to barbarzyństwo - musieli oni patrzeć z bezsilną złością jak kolejne trzęsienie ziemi niszczy katedrę pozostawiając zachowane wewnątrz części świątyni w stanie nienaruszonym.
Te pozostałości pokazują wyraźnie, że Inkowie byli niezłymi budowniczymi -w dopasowanych idealnie kamieniach murów świątyni pozostawiali specjalne nisze -myślę, że w celu rozładowywania naprężeń, jakie powstawały przy trzęsieniach ziemi. Oczywiście w wszystko to mieści się na Placa des Armas. Wokół placu niska zabudowa w stylu hiszpańskim z charakterystycznymi balkonikami jak dla lalek. Wieczorem niespodzianka -w jednej z restauracji na placu próbujemy "specialite de la maison, "czyli... pieczone świnki morskie. Tak, tak te same, które "robią" u nas w charakterze ulubionych zwierzątek domowych. Ja, jak zobaczyłam te małe ryjki i kopytka na talerzu... no cóż nie spróbowałam.
No i wreszcie zwiedzamy słynną dolinę rzeki Urubamby - spiżarnię Inków. Niesłychanie urodzajna z mikroklimatem pozwalającym na uprawianie różnych gatunków -widok fantastyczny, wokół nieprzyjazne nagie szczyty górskie, a w dole oaza urodzaju, ciepła i sytości.
Dalej jedziemy zwiedzać fortecę Puca Pucara położoną na wysokości 3300 m.n.p.m. górującą na jednym wielkim targowiskiem, jakim jest miasteczko Pisac, położone na wysokości zaledwie 2960 m n.p.m.
I tu zdarzyło mi się nieszczęście. Podziwiając widoki rozciągające się z autentycznej drogi inkaskiej - a może, dlatego, że nogi miałam miękkie ze strachu (droga, inkaska jest dla ludzi o mocnych nerwach - wąskie półki skalne, stopnie i oczywiście brak jakichkolwiek zabezpieczeń) - otworzyłam aparat i naświetliłam film, na którym była uwieczniona twierdza. A szkoda, bo niektórzy uważają, iż jest ona, co najmniej tak samo interesująca jak słynne na cały świat ruiny Machu Picchu. Żeby zobaczyć przedsmak tych niesamowitych wrażeń trzeba zajrzeć do ostatniego numeru National Geographic - tak zamieszczony jest widok twierdzy porażający dech w piersiach, nie wiem tylko, dlaczego nazwano ją twierdzą Pisac.
Zjazd w dół, króbka wizyta w miasteczku Pisac, a właściwie na targu Pisac. Ponieważ była pora lunchu niektórzy z naszej wycieczki skosztowali wypieków sprzedawanych prosto z pieca w piekarni z XVII wieku. Bułeczki nadziewane cebulą i pomidorem podobno bardzo smaczne. Oczywiście w piekarni była również hodowla świnek morskich -wiadomo, w jakim celu.
Kolejny etap podróży to twierdza Tambomachaj, efekt miłości wodza o wdzięcznym imieniu Paciakutek do córki przełożonego. Ponieważ ojciec ukochanej sprzeciwiał się związkowi, zakochany wódz zwiał z dziewczyną w góry i obwarował w tej właśnie twierdzy.
U stóp fortecy autentyczne spichrze z czasów inkaskich i prawdopodobnie ruiny łaźni królewskich.
Wracamy do Cousco, a jutro dalej w drogę - tym razem autokarem.
Kolejny dzień, autokar wspina się na przełęcz, za którą jest już Altiplano. Po drodze gorące źródła - kilku panów z naszej wycieczki zrobiło sobie kąpiel i wreszcie jesteśmy - przełęcz na wysokości 4335 m n.p.m. Dalej podróż, przez Altiplano - wyżynę na wysokości ponad 4000 m n.p.m. Przepiękne widoki Andów, są również Kordyliery (tą nazwą wyróżnia się części Andów pokryte wiecznym śniegiem). Właśnie tutaj, niezależnie od tego, że są tu uprawy rolne, Indianie uprawiają roślinę, która rośnie tylko tutaj. Jest to kasza o nazwie, kinua. Jest tak bogata w składniki odżywcze, że podobno nawet kosmonauci zabierają ją ze sobą. Roślina przypomina z wyglądu naszą grykę, ziarna naszą kaszę jęczmienną, choć są nieco większe. Kasza jest bardzo smaczna.
I oto już jesteśmy w Puno, nad brzegiem jeziora Titicaca. Najwyżej położony zbiornik wody słodkiej na kuli ziemskiej na wysokości 3860 m.n.p.m. Hotel najlepszy w mieście, ale raczej kiepski, no cóż wyjścia nie ma trzeba w nim spać. No i wreszcie wycieczka po jeziorze. Zresztą, jakie to jezioro: 180 km długości, 60 km szerokości -prawie jak morze. Fala jak na morzu, a i morska bryza daje się odczuć. Pierwszy postój oczywiście na wyspie Uros. wszystko z trzciny. sama wyspa, domy, łodzie itp. Podłoże ugina się lekko pod stopami, towarzyszy nam zapach gnijącej trzciny i oczywiście ciekawskie kormorany. Ptaki te, a właściwie ich krew, są uważane przez Indian za skuteczne lekarstwo na wszystkie możliwe choroby. Zanim jednak skończą jako medykamenty, buszują po trzcinowej wyspie jako zwierzątka domowe. Nasz przewodnik pokazywał nam szczególny rodzaj ryb żyjących w jeziorze, były w kolorze żółtym i niebieskim. Demonstracja zakończyła się w dziobie kormorana, który nie bacząc na zgromadzonych ludzi wykorzystał okazję i wyrwał rybę z dłoni przewodnika. Oczywiście trzcinowe wyspy są zakotwione w zatoce na płyciźnie -plecie się je wokół pala wbitego w dno zatoki. Jak trzcina zgnije to buduje się nową wyspę i tak życie toczy się dalej. Po dwóch godzinach rejsu dobijamy do wyspy Taquile - poziom 3865 m n.p.m. Przewodniczka informuje nas, że obiadek czeka na nas w restauracji na wyspie położonej 300 m. wyżej. I tak zaczyna się nasza droga krzyżowa. Pokonanie każdego kolejnego metra na tej wysokości to jest nie lada wyczyn. Ale było warto, bo obiad był bardzo smaczny-rybki, które oglądaliśmy w kolorze żółtym i niebieskim okazały się nadzwyczaj smaczne. Po obiedzie dalszy ciąg gehenny, czyli droga w dół - do pokonania 600 stopni. I wcale nie pocieszył nas widok obładowanych tuziemców z uśmiechem na ustach zdążających rączo pod górę.
Następny dzień to zwiedzanie okolic jeziora. Najciekawszy przystanek to inkaska świątynia fallusów. W ramach wykorzeniania pogańskiej religii Hiszpanie wybudowali tu okazały kościół katolicki. Widoczny wkład Indian w religie katolicką zwieńcza wieżę kościelną - jest to okazały fallus. Tak oto stare i nowe żyje obok siebie.
Zwiedzamy również cmentarz Indian Kolka z grobowcami w formie wież. Miejsce dobrane znakomicie - cały świat wokół zamarły w bezruchu, nic nie zakłóca spokoju zmarłych. Na środku jeziora wyspa idealnie plaska - zdaniem Denikena lądowisko pojazdów kosmicznych.
I znów samolot i wyjazd do Arequipy. Tego już nie zobaczycie, bo trzęsienie ziemi zniszczyło centrum miasta. A było, co zwiedzać. Placa des, Armas otoczony domami z zacienionymi krużgankami, gdzie można było zjeść, wypić cos zimnego i odpocząć lub też w cieniu krużganków zwiedzać okoliczne sklepy.
Najciekawszy jest klasztor świętej Cataliny.Przeznaczony dla panien z dobrych domów. Ma charakter miasta w mieście-każda z panien miała swój własny dom z wszelkimi wygodami, domy były ponumerowane, rozmieszczone wzdłuż malowniczych uliczek.
Nad miastem górują wulkany pokryte wiecznym śniegiem - wys. ok. 6800 m n.p.m.
Było super, ale się skończyło -wracamy do Limy - krótki postój i z powrotem do Polski.
Jeszcze kilka uwag dotyczących spraw kulinarnych. Narodowy drink to pisco sauer; mieszanka wódki z winogron, wody, lodu i limonki zmiksowana z białkiem jajka i posypana cynamonem. Smakuje dobrze gorzej z chodzeniem - potem oczywiście. Napój bezalkoholowy, narodowy oczywiście, to "kompot" z suszonej kukurydzy.
Żeby było śmieszniej to kukurydza jest w kolorze granatowym -napój przypomina kolorem denaturat, ale jest dość smaczny.Oczywiście trzeba spróbować koktajlu z papai, czy też befsztyka z alpaki. Pieczonych świnek morskich nie polecam -jest to zbyt osobiste.
Poza tym menu prawie europejskie. Pamiętać trzeba, aby nie jeść lodów - nigdy nie wiadomo ile razy były zamrożone. Z napojami nie ma problemów. Jeśli chcecie powtórzyć moją trasę, to nie ma potrzeby robienia szczepień ochronnych. Najlepszą porą na wycieczkę jest listopad- w Peru jest wtedy wczesna wiosna. I pamiętajcie o zabraniu dobrego obuwia, czegoś na głowę, kremu z dobrym filtrem UV, czegoś skutecznego przeciwko komarom i okularów słonecznych. W górach niezależnie od pory roku w zależności od pory dnia spotkać można wszystkie cztery pory roku.


Powrót | Back