|
Karpackie
Camel Trophy
|
|
Dzień
2
|
|
|
Moja
ekipa budzi mnie, zaraz wysiadamy. A więc już. Pada deszcz. Jakieś miasto.
To zapewne ten Kałusz, gdzie mamy mieć przesiadkę. Idziemy do dworcowej
poczekalni, mimo wczesnego rana jest trochę ludzi, wszyscy patrzą na
nas z ciekawością. Dworzec jest tak zniszczony i brudny, że brak słów.
Widywałem różne obskurne dworce w Polsce, ale ten brzydotą przebija
wszystkie w naszym kraju. Szaro, brudno, ławki i drzwi lepią się, po
poczekalni włóczą się psy, które prawie uśmiechają się do nas prosząc
o jedzenie. Zniszczone twarze ponurych ludzi, równie szarych jak ten
dworzec, wciąż ciekawie nam się przyglądają. Czekamy na miejscowy autobus.
Wreszcie
jest. Oczywiście nie ma w nim miejsca na 12 wielkich plecaków, które
trzeba wziąć na kolana, albo ulokować przy tylnych drzwiach, które,
jak cały autobus sprawiają wrażenie, że się zaraz rozsypią. Za każdym
razem, jak autobus staje, trzeba nasze bagaże trzymać, by nie wysypały
się przez otwarte drzwi, a te rozchylają się nawet na większych wybojach.
Po drodze wsiada grupa rozkrzyczanych nastolatków, którzy, jak wszyscy
miejscowi, interesują się nami. Wkrótce wyjmują oni brudną butelkę,
gdzie podobno jest sok, pytają, czy mamy "stakan" (szklankę).
Butelka wędruje z rąk do rąk, a ukraińska młodzież jest jeszcze bardziej
głośna i wesoła. Koniecznie chcą się z nami zaprzyjaźnić, pytając skąd
jesteśmy, gdzie jedziemy, jak mamy na imię, no i oczywiście chcą nas
poczęstować swoim "sokiem". Wdają się w awanturę z kierowcą,
który im zwraca uwagę, by nie palili w autobusie. Po pewnym czasie wysiadają,
a nam na koniec dają w dowód przyjaźni kwaśne jak cytryna czereśnie.
Pod wieczór trafiamy na kawałek płaskiego terenu, choć tak naprawdę płaski, to pojęcie względne w takich warunkach. Jest to mała łączka, za którą teren znów ostro idzie w górę. Decyzja szefostwa - rozbijamy się tu na noc. Bogu niech będą dzięki! Warstwa gleby jest mikroskopijnej grubości, pod nią kamienie, wbicie namiotowego śledzia graniczy z cudem. A przecież trzeba jeszcze wziąć pod uwagę, że tu będziemy spali, podłoże musi być w miarę równe. Następna czynność - zbieranie drewna na ognisko. Obrzydliwie mokre, śliskie gałęzie, kora przylepia się do rąk, moje dłonie wyglądają, jakbym grzebał nimi w ziemi. Za parę dni przekonam się, że na takie drobnostki nie zwraca się uwagi, człowiek może naprawdę wiele wytrzymać. Ale nie wyprzedzajmy faktów. Nie wierzę, że te mokre gałęzie mogą zapłonąć, ale przewodnicy dokonują cudu, i po parudziesięciu minutach w gorącym garze apetycznie bulgocze soja i ryż. Sprawiedliwie podzielone na 12 równych części, polane sosem, wydają się znakomite po dzisiejszej dawce wysiłku. Leśne muchy natarczywie atakują. Mam ochotę coś sfotografować, ale natężenie mgły ograniczającej widoczność do kilku metrów skutecznie mnie zniechęca. Zapada zmrok. Mój namiotowy towarzysz Michał nie może uruchomić swojej latarki. Teraz dociera do mnie, czemu mają służyć dodatkowe baterie i zapasowa żarówka. Choć mamy za sobą tylko 1 dzień marszu, nie docierają tu żadne odgłosy cywilizacyjne, nie ma wiatru, ciszę niemal absolutną zakłóca jedynie mgła, skraplająca się na drzewach i trzask ogniska. Miejsce sprawia wrażenie nietkniętego do tej pory ludzką stopą. Ciekawe, czy jest możliwe, by zainteresował się nami jakiś gruby zwierz, przecież wiadomo, że w tych górach są i wilki, i niedźwiedzie. Ależ jestem zmęczony. Nachodzi mnie pokusa, by spakować się, kiedy wszyscy zasną, i uciec. Nie mam mapy, ale myślę, że trafiłbym po jednym dniu tam, skąd rozpoczęliśmy wędrowanie. Jestem skonany, a takich dni ma być 12! Kto to wytrzyma? Ja na pewno nie! |
|