|
07.05 -
Oczywiście poprzedniego dnia wieczorem zjedliśmy bardzo przyzwoitą kolację
(nieco droższą niż w obrębie greckich wysp, ale bardzo smaczną, no i
oczywiście z lampką wina), po której nam się bardzo dobrze spało, pomimo,
że nie spaliśmy w łóżkach z baldachimami. Ale teraz już o wiele sprawniej
znaleźliśmy sobie na promie spokojne i wygodne miejsce do spania. Tym
razem naszą sypialnią była specjalna sala przystosowana do grania w
karty i gry planszowe (te promy sa naprawdę niesamowite!). Było to pomieszczenie
z miękką wykładziną, wygodnymi fotelami itd. Co tu dużo pisać, warunki
luksusowe. Pierwszy rozłożył się Kris i od razu usnął. Szczerze mówiąc
miałem trochę oporów, w zasadzie trudno to nazwac po imieniu, po prostu
miałem wrażenie, że w jakis sposób będę przeszkadzał ludziom, którzy
tam grali w karty. Ale w końcu poczułem się tak senny, że przestało
mnie to interesować i poszedłem spać. I co dziwne ludzie jakby ciszej
zaczęli się zachowywać, tak jakby nie chcieli nam przeszkadzać...
Obudziłem się rano, spało mi się wyśmienicie, Krisa nie było, domyśliłem
się, że dopływamy już do Palermo i pobiegł zrobić jakieś zdjęcia. Obok
mnie zauważyłem gniazdko elektryczne z podłączonymi do niego akumulatorkami
do kamery i aparatu cyfrowego Krisa - zapowiadał się przecież intensywny
we wrażenia dzień i aparatura rejestrująca musiała być przygotowana!
Po zejściu na ląd od razu pognaliśmy kupić bilety na następny prom:
następnego dnia rano chcieliśmy być już na Sardynii. Niestety wszystko
było jeszcze pozamykane, więc zajrzeliśmy do baru portowego: trzeba
było przecież skonsumować jakieś śniadanie. Atmosfera takich małych
włoskich barów, gdzie miejscowa ludność wpada rano, żeby wypić filiżaneczkę
mocnego espresso lub cappuccino jest bardzo specyficzna. Na czym to
polega? Trudno tak od razu to zdefiniować, ale ja odnoszę takie wrażenie,
że wszyscy są do siebie przyjaźnie nastawieni, że ludzie, którzy rano
zaglądają do takich "swoich" barów, po prostu mają ochotę
przywitać się ze swoimi znajomymi, zamienić kilka słów i pognać do codziennych
obowiązków. Po szybkim śniadaniu kupiliśmy bilety na wieczorny prom
na Sardynię, pożyczyliśmy samochód i ruszyliśmy w drogę: celem była
Etna. Na początku jechaliśmy wzdłuż północnego wybrzeża Sycylii. Widoki
były przepiękne. No i te fantastyczne tunele! Wyglądały naprawdę imponująco.
Po drodze zatrzymaliśmy się w jakiejś małej mieścinie, żeby zrobić kilka
zdjęć i kupić jakieś jedzenie. Wtedy zajrzeliśmy do takiego małego lokalnego
sklepiku. Jak sprzedawcy się zorientowali, że mają do czynienia z turystami-obcokrajowcami
to zaczęli nas wypytywać skąd jesteśmy i dokąd jedziemy. Jak dowiedzieli
się, że jesteśmy z Polski to wypowiedzieli dwa magiczne słowa: Zbigniew
Boniek. Lecha Wałęsy już nie kojarzyli, ale nazwisko naszego polskiego
piłkarza wypowiedzieli bezbłędnie. Jak wielka jest siła sportu? Znam
kilku Włochów z północy. I jak tak z nimi kiedyś rozmawiałem to wyczułem,
że nie przepadają oni za południem: nie utożsamiają się z Sycylią, niektórzy
z nich wprost mówili mi, że nie zamierzają jeździć na południe. I tego
przyznaje, nie rozumiem. Sycylijczycy wydali mi się bardzo przyjaźnie
nastawieni do turystów. W ogóle sprawiali wrażenie bardzo przyjaźnie
nastawionych do ludzi, o czym się kilkakrotnie w ciągu jednego dnia
pobytu na Sycylii przekonaliśmy. A może nie są przyjaźnie nastawieni
tylko do ludzi z północy?
W końcu skręciliśmy z wybrzeża w jakąś drogę w głąb wyspy i zaczęliśmy
się kierować w stronę Catanii. Pogoda była niestety pochmurna. Wiedzieliśmy,
że nie uda nam się dostać zbyt blisko Etny: żeby to zrobić konieczne
jest odbycie dosyć długiej pieszej wycieczki, na co nie mieliśmy niestety
czasu, a i pogoda nie była specjalnie zachęcająca. Zaleźliśmy jakieś
dogodne miejsce w pobliżu Catanii, zrobiliśmy zdjęcia i zaczęliśmy wracać
w kierunku Palermo i Trapani (skąd odpływał wieczorem nasz prom na Sardynię).
W drodze powrotnej mieliśmy jeszcze odwiedzić miasteczko Corleone. Dlaczego
akurat to miasteczko? Tylko i wyłącznie ze względu na mafijną nazwę:.
Chciałem zobaczyć, jak prezentuje się ta mieścina. I muszę przyznać,
że jestem trochę rozczarowany. Spodziewałem się włoskiej zaniedbanej
biednej sycylijskiej wioski, a Corleone okazało się całkiem sporym zadbanym
miasteczkiem. Czasu niestety mieliśmy bardzo mało, a więc po szybkich
zakupach (trzeba było przecież kupić jakieś sycylijskie wino) ruszyliśmy
w drogę powrotną. Czasu mieliśmy naprawdę niewiele i aby zdążyć na prom
musieliśmy nieźle "grzać". I wtedy jak na złość zabłądziliśmy.
Niestety drogi na Sycylii są bardzo źle oznakowane. A jak już trafi
się jakaś przebudowa i konieczność objazdu to tak naprawdę trudno przewidzieć,
gdzie się wyjedzie. Niestety nas to spotkało i po prostu zabłądziliśmy.
W pewnym momencie już sami nie wiedzieliśmy, w którą stronę powinniśmy
jechać. A było to takie odludzie, że i zapytać się o drogę nie było,
kogo. I wtedy na naszym horyzoncie ukazała się stacja benzynowa - nasze
wybawienie. Pracownik stacji benzynowej wsiadł we własny samochód i
powiedział, żebyśmy jechali za nim. I tak wyprowadził nas na właściwą
drogę, którą dojechaliśmy wprost do Trapanii. Gdyby nie on z pewnością
nie zdążylibyśmy na prom. Rozpoczynała się trzecia noc z rzędu, którą
mieliśmy spędzić na morzu...
Maciek
|